barcelona

W pustyni i w puszczy, rozdział 41, str. 1

282
Lecz Staś po krótkim wypoczynku pod wałami Lueli ruszył z
Kalim na czele trzystu wojowników jeszcze przed zachodem słońca
ku bomie Fumby, chciał bowiem uderzyć na Samburu w nocy, licząc
na to, że w ciemnościach „węże ogniste” większe sprawią wrażenie. Droga od Lueli do góry Boko, na której bronił się Fumba, wynosiła licząc z odpoczynkami dziewięć godzin, tak że pod fortecą stanęli dopiero koło trzeciej po północy. Staś zatrzymał wojowników i nakazawszy im do czasu jak najgłębsze milczenie począł rozpatrywać się w położeniu. Szczyt góry, na którym przytaili się obrońcy, był ciemny, natomiast Samburowie palili mnóstwo ogni. Blask ich rozświecał spadziste ściany skały i olbrzymie drzewa rosnące u jej stóp. Z daleka
reklama sms już dochodził głuchy głos bębnów oraz krzyki i śpiewy wojowników, którzy widocznie nie żałowali sobie pombe48 chcąc uczcić bliskie, ostateczne już zwycięstwo. Staś posunął się na czele swojego oddziału jeszcze dalej, tak że w końcu nie więcej niż sto kroków dzieliło go od ostatnich ogni.
Straży obozowych nie było ani śladu, a noc bezksiężycowa nie pozwoliła dzikim dojrzeć Kinga, którego zasłaniały przy tym zarośla. Siedzący na jego karku Staś wydał po cichu ostatnie rozkazy, po których dał znak Kalemu, by podpalił jedną z przygotowanych rac. Czerwona wstęga wyleciała, sycząc, wysoko pod ciemne niebo, po czym z hukiem rozsypała się w bukiet czerwonych, błękitnych i złotych gwiazd. Wszystkie głosy umilkły i nastala chwila głuchej ciszy. W kilka sekund później
wyleciały jakby z piekielnym chichotem jeszcze dwa ogniste węże,
ale tym razem skierowane poziomo wprost na obóz Samburów, a
jednocześnie rozległ się ryk Kinga i wrzask trzystu Wa-himów,















48
Piwo z prosa, którym się upijają Murzyni. 283 którzy uzbrojeni w asagaje49, maczugi i noże rzucili się w niepohamowanym pędzie naprzód. Rozpoczęła się bitwa, tym straszniejsza, że odbywała się w ciemnościach, gdyż natychmiast rozdeptano w zamieszaniu wszystkie ogniska. Ale zaraz z początku na widok węży ognistych ogarnęła Samburów ślepa trwoga. To, co się stało, przechodziło zupełnie ich rozum. Wiedzieli tylko, że napadły na nich jakieś straszne istoty i że grozi im zguba okropna i nieuchronna. Większa część ich pierzchała, zanim dosięgły ich włócznie i maczugi Wa-himów. Stu kilkudziesięciu wojowników,
których zdołał zebrać koło siebie Mamba, dawało zacięty opór; gdy
jednak przy błyskawicach wystrzałów ujrzeli olbrzymie zwierzę, a na
nim biało przybranego człowieka i gdy o uszy ich obił się huk broni,
z której raz po raz strzelał Kali, upadły i w nich serca. Fumba na górze ujrzawszy pierwszą racę, która pękła na wysokościach, padł także ze strachu na ziemię i leżał jak nieżywy przez kilka minut.
W pustyni i w puszczy, rozdział 41, str. 1 fragment 20

2008-10-26 10:54:22