. He-he-he! Zręcznie was oszukałem, młodzi.

W biurze pocztowym, Antoni Czechow

Przy mojej taktyce i przebiegłości, nie mogła mnie w żaden sposób zdradzić. Uciekałem się do wybiegów, dla ochrony swego łoża małżeńskiego. Znam takie słowa,
tłumaczenia ustne w rodzaju zaklęcia. Wyrzeknę te słowa i basta! — mogę spać spokojnie. — Jakież to słowa? — Bardzo proste. Rozpowszechniałem po mieście brzydką pogłoskę. Panowie znają doskonale tę pogłoskę.
Mówiłem wszystkim: żona moja Alena żyje z policmajstrem Zalichwackim. Tych słów było dość! Nikt w świecie nie śmiał uwijać się koło żony z obawy przed policmajstrem. Gdy ją kto zobaczył z daleka, uciekał, co sił, żeby Zalchiwacki czego nie pomyślał. He-he-he. Niechby tylko spróbował zaczepić tego wąsatego draba — zaraz miałby z pięć protokołów z powodu stanu sanitarnego. — A więc żona pańska nie żyła z Zalichwackim?! — zdumieli się wszyscy. — Nie, to był mój wybieg. He-he-he! Zręcznie was oszukałem, młodzi. Co? Trzy minuty przeszły w milczeniu. Siedzieliśmy z zamkniętymi ustami, odczuwając wstyd i upokorzenie, że tak chytrze nas nabrał ten tłusty starzec z czerwonym nosem. — No, da Bóg, ożeni się pan powtórnie — mruknął diakon.

2009-08-07 21:41:52